Strona:PL Pol-Dzieła wierszem i prozą.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy już cały korpus się oddalił,
Patrzyłem w marszu, jak z mogiły ciemnéj
Stos pogrzebowy śród nocy się palił.




W kilka dni prawie po owéj przygodzie,
Stanął był korpus wieczorem przy wodzie.

Patrzę za drogą — aż drogą ktoś jedzie,
I na łańcuch został zatrzymany;
Konie i zaprząg coś niby mi znany,
Konie myszate, bryka jakaś spora;
Ktoś wysiadł zwolna, i żołnierz go wiedzie:
Aż tu w podróżnym poznaję Rektora.

„A cóż Pan Mohort?” pyta mnie.

— Nie żyje! —
„A więc nie darmo jadę z tą obawą?
Poległ?”
— Legł w boju jak rycérz ze sławą,
I w Boryszkowcach mogiła go kryje. —

„Ha, pokój wieczny!” — rzekł Rektor z żałobą —
„Długie to lata przeżyliśmy z sobą!
I znak niezwykły jak widzę nie myli,
Sam przepowiedział swój zgon w łasce Pańskiéj,
A o ostatniéj jego życia chwili
Ostrzegł nas w celi dzwonek Loretański.

„Po wyjściu wojska był smutek w klasztorze;
Prowadź ich Panie! ratuj wielki Boże!
Mówiłem braciom, bo słychać o bitwie,
I dzień nam cały schodził na modlitwie.