Jakiś koń dziki, co żywą krwią pryskał
We dnie, a w nocy żarem z nozdrzy ciskał,
Obiegał stada jak zwiastun złowrogi...
A nieraz nawet i w chorągwi naszéj
Tak razem we śnie coś wszystkich przestraszy,
Że koń i człowiek zrywa się na nogi.
A więc do straży! a straż stoi blada,
I od przestrachu ledwo mową włada,
I klnie się Bogiem, że jasność niezmierna
Oblała ziemię, jak ziemia obszérna —
A na niebiosach zeszła niebios Pani,
Że ziemia pękła, a z wielkiéj otchłani
Wyszły na sam przód ogniste języki,
A w ślad ich zbrojnych wojowników szyki.
Ot krótko mówiąc: coś strasznie się plotło,
I nocą groził kometa swą miotłą,
A kiedy zmory rozpędziło słońce,
Lecieli drogą do obozu gońce,
I to rozkazy nowe ze stolicy,
To nowe wieści biegły z okolicy...
Każdy to widział, że przyjdzie do wojny,
Z któréj nie łatwo będzie nam wyjść cało;
Lecz czém na większą burzę się zbierało,
Tém więcéj bywał Pan Mohort spokojny.
Pozór wojenny przybrał obóz cały,
I młody żołnierz nabierał postawy,
Bo co dzień nowe wieści obiegały,
Że całe wojsko ruszy do Warszawy.
Kresy ściągnięto — piechotne komendy
I artylerya stała pod Bracławiem[1],
A więc się znaczył i nam marsz tamtędy,
- ↑ Przed rozpoczęciem kampanii tak zwanéj pierwszéj 1792 roku stał obóz wojsk polskich pod Bracławiem. Z tych czasów opowiadał mi P. Ksawery następującą historyjkę. Między nowo zaciężnymi przybyło dwóch Łaszczów, szałaputów i lekkoduchów okrótnych, którym bardzo nie na rękę była surowość P. Mohorta, który właśnie pod ten czas został mianowany oboźnym. Płatali tedy figle po obozie, ale tak zręcznie, że nie można ich było złapać na uczynku; i tak np. jednéj nocy założyli wszystkie podogonia po wiérzchach stodół, po soszkach; innéj znowu nocy przekulbaczyli konie na przewrót, popierśnikami do ogonów, podogoniami do głowy, nareszcie wyrżnęli z kulbaki samego P. Mohorta sto dukatów, które zawsze zaszyte w terlicy miéwał. To paniczowski figiel, rzekł P. Mohort, nikt z wojskowych towarzyszy nie zrobiłby tego, i poskarzył się Księciu.
Książę wziął tę rzecz bardzo ostro — znalazła się i kulbaka w gnojówkę wrzucona, i obok niéj podrzucona kieska ze stoma dukatami, bo rzeczywiście nie chodziło tym lekkoduchom, jak tylko o to, aby dowieść Mohortowi, że czujność jego nic nie pomoże. Książę się bardzo rozgniewał i rzekł: Ja im tu ołowiem głowę zmyję i nauczę szanować starszych. Wszystkich nowo zaciężnych aresztowano i Książę rzecz wziął tak ostro, że się psota wydać musiała i nie było żartu. Widząc to P. Mohort wzniósł za młodém towarzystwem instancyą, wziął wszystkich razem do spowiedzi nie wchodząc w to, kto z nich winien, a za karę musieli posłać kks. Bazylijanom dwie beczki starego miodu.