Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pociemniało jéj w oczach i odeszła od przytomności.
Zbudziła się oparta plecami o krzyż. Zdaleka nadjeżdżał kabryolet z Ościeszyna, a w nim młody pan Ościeszyński, z guwernantką ze dworu.
Pan Ościeszyński Rzepowej nie znał, ale ona go znała z kościoła; myślała więc leciéć do kabryoletu i prosić na miłosierdzie Boskie, żeby choć dziecko przed burzą zabrali: podniosła się nawet na nogi, ale nie mogła iść.
Tymczasem młody pan nadjechał i ujrzawszy nieznajomą kobiétę, stojącą pod krzyżem, zawołał:
— Kobiéto! kobiéto! siadajcie.
— Niech panu Bóg...
— Ale na ziemi, na ziemi.
O! byłto figlarz znany w całéj okolicy ten młody pan Ościeszyński, więc on tak zaczepiał wszystkich po drodze, a tak samo téż zażartował i z Rzepowéj, a potém zaraz ruszył daléj. Do uszu Rzepowéj doszły śmiechy jego i guwernantki; potém zobaczyła, jak się zaczęli całować i znikli wraz z kabryoletem w ciemnéj dali.
Rzepowa została sama. Ale nie darmo to mówią: „Baby i ropuchy, nawet siekierą nie zabijesz!“ Po godzinie jakiéj, zwlokła się znowu, choć nogi gięły się pod nią: poszła daléj.
Cóż ci ta dziecina winna, ona rybeńka złota, Panie Boże! — powtarzała, tuląc do piersi chorego Jaśka.
A potém widać zaraz porwała ją gorączka, bo zaczęła mruczeć, jakby pijana.
— W chałupie pusta kołyseczka, a mój to ta, poszedł na wojenkę z karabinem.