Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ko prostaczkowie, ubodzy, niby owi ptakowie niebiescy, a zatém mili Bogu, nie słuchali rozmaitych fałszywych mędrców i w ogóle ludzi zaślepionych pychą szatańską, którzy kąkol sieją zamiast pszenicy, a łzy i grzech zbierać będą. Tu mimochodem wspomniał o Condillacu Voltairze, Rousseau i Ochorowiczu, nie czyniąc zresztą między tymi mężami różnicy, a w końcu przeszedł do szczegółowego opisywania rozmaitych nieprzyjemności, na jakie potępieńcy będą na tamtym świecie narażeni. A w Rzepową odrazu jakby inny duch wstąpił, bo choć i nie rozumiała tego co ksiądz Czyżyk mówił, ale pomyślała sobie, że „juści musi pięknie mówić, kiej tak krzyczy, że aż cały w potach stanął, a ludziska to tak wzdychają, jakby już ostatnią parę mieli puścić.“ Potém kazanie się skończyło, a zaczęła się summa. Oj! modliła się téż Rzepowa nieboga, modliła jak nigdy w życiu, ale téż czuła że jéj coraz lżéj i lżéj na sercu.
Aż wreszcie nadeszła uroczysta chwila. Bielusieńki jak gołąb' dziekan, wydobył Przenajświętszy Sakrament z cymboryum, a potem odwrócił się do ludzi i trzymając w drżących rękach monstrancyą jak słońce, tuż koło twarzy, stał tak przez czas jakiś z przymkniętemi oczyma i schyloną głową, jakby zbierając się z duchem, aż wreszcie zaintonował: „Przed tak Wielkim Sakramentem!“
A ludzie we sto głosów huknęli mu zaraz w odpowiedź:

Upadajmy na twarzy,
Niech ustąpią z testamentem,
Nowym prawom już starzy;
Wiara będzie suplementem,
Co się zmysłom nie zdarzy...“