Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A ja wam mówię, że naczelnik skarżył się, że w Baraniéj-Głowie lud niedobry. Wciąż, powiada, piją. Burak, powiada, ludzi nie pilnuje, więc się téż na nim skrupi.
— Ba! — dyć ja wiem — odrzekł wójt — że się wszyćko na mnie krupi. Jak Rozalka Kowalicha zległa, sąd kazał jéj dać dwadzieścia pięć, dlatego tylko, żeby na drugi raz pamiętała, że to, powiada, dziewce nie ładno. Kto kazał? Ja? Nie ja, jeno sąd. A mnie do tego co? Niechta sobie i wszystkie zlegną. Sąd kazał, a potém na mnie.
W tém miejscu krowa z łoskotem uderzyła o ścianę, że aż się kancelarya zatrzęsła. Wójt zawołał głosem pełnym goryczy:
— A hej! żeby cię wciorności!
Pisarz który przez ten czas siadł na stole, począł znów przeglądać się w lusterku.
— Dobrze wam tak — rzekł — czemu się nie pilnujecie. Z tém piciem będzie tak samo. Jedna parszywa owca wszystkiém dowodzi i ludzi ciąga do karczmy.
— Pewnikiem, że nie wiadomo, a co do picia: jenszy się téż potrzebuje napić, jak się naprucuje w polu.
— A ja wam mówię tylko to, jednego Rzepy się pozbyć i wszystko będzie dobrze.
— Cóże mu ta łeb urwę?
— Łba mu nie urwiecie, ale teraz spisy wojskowe. Ot zapisaćby go w listę, niechby pociągnął los i basta.
— Toćże on żeniaty i chłopaka ma już rocznego.
— A ktoby tam wiedział. Onby na skargę nie poszedł, a poszedłby, toby go i nie chcieli słuchać. W czasie branki nikt niéma czasu.