Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagle spostrzegłem, że dziewczynka płacze i również nagle ozwał się we mnie ten przekorny szatan, ta niepohamowana chęć do rozdrapywania ran własnych, jakiéj nieraz doświadczyłem późniéj w życiu; więc choć serce pękało w kawałki, odezwałem się zimno i szorstko:
— Nie rozczulajże się bez powodu, moja Haniu — to rzekłszy siadłem do sanek.
Tymczasem Mirza żegnał się ze wszystkiemi. Przybiegłszy do Hani, porwał jéj obie ręce i mimo, że dziewczynka się wydzierała, począł całować zapamiętale to jedną, to drugą. Ach! jakąż miałem ochotę wybić go w téj chwili. Wycałowawszy Hanię wskoczył do sanek. Ojciec krzyknął: „ruszaj!“ Ksiądz Ludwik począł żegnać nas krzyżykiem na drogę. Furman krzyknął: „hetta! ho!“ na konie; zabrzęczały dzwonki, zaszumiał śnieg pod płozami i ruszyliśmy w drogę.
Łotrze! rozbójniku! — zacząłem wołać na się w duszy. — Takto pożegnałeś swoją Hanię! dokuczyłeś jéj, połajałeś za łzy, których jesteś nie wart... za łzy sieroce...
Podniosłem kołnierz od futra i rozpłakałem się sam jak małe dziecko, ale cicho, bo bałem się żeby nie schwytał mnie na płaczu Mirza; pokazało się jednak że Mirza widział to doskonale, tylko że sam był wzruszony, więc nie powiedział mi nic na razie. Nie dojechaliśmy jeszcze jednak do Chorzel, gdy ozwał się:
— Henryk!
— Co?
— Beczysz?
— Daj mi pokój.