Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t. 1.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A Mikołaj znowu:
— Czy ja powiadam, żem nie głupi. Ja wiem, że ja głupi. Ekonom pojechał na zaloty do księżéj gospodyni z Niewodowa, a państwoby nie mieli jechać na wizytę. Albo to wizyta gorsza od księżéj gospodyni? Wolno słudze, wolno i panu.
I tak szło już w kółku bez sposobu zatrzymania starego marudy.
My, to jest ja i brat mój młodszy, baliśmy się go, jak wspomniałem, prawie więcéj niż naszego guwernera, księdza Ludwika, a z pewnością więcéj niż obojga rodziców. Dla sióstr był grzeczniejszy. Mawiał każdéj „panienka,“ choć były młodsze, ale nas tykał bez ceremonii. Dla mnie jednak miał on szczególniejszy urok: oto nosił zawsze kapiszony w kieszeni. Nieraz bywało po lekcyach, wchodzę nieśmiało do kredensu, uśmiecham się jak mogę najgrzeczniéj, przymilam jak najuprzejmiéj i nieśmiało mówię:
— Mikołaju! Dzień dobry Mikołajowi. Czy Mikołaj będzie dziś czyścił broń?
— Czego Henryś tu chce? Ściérkę przypaszę i basta.
A potem przedrzeźniając mnie, mówił:
— Mikołaju! Mikołaju! Jak chodzi o pistony, to Mikołaj dobry, a nie, to niech go wilcy zjedzą. Lepiéjbyś się uczył. Strzelaniem rozumu nie nabierzesz.
— Ja już skończyłem lekcye — odpowiadam nawpół z płaczem.
— Skończył lekcye. Hę! skończył. Uczy się, uczy, a głowa jak pusty tornister. Nie dam i kwita. (To mówiąc szukał już po kieszeniach). Jeszcze mu kiedy piston w oko wpadnie i będzie na Mikołaja. Kto winien? Mikołaj. Kto dał strzelać? Mikołaj.