Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.35.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  160  —

ryntu nie zostało dziś nic. Byłem tam z Pochwalskim, i oto cośmy widzieli: kilka kolumn i kilka zwalisk sterczy na wzgórzu, a nad zatoką Lepancką wznosi się brudna, licha mieścina, zwana Neo-Koryntem, podobna do różnych naszych dzisiejszych Koryntów, a nawet pod względem mieszkańców niewiele od nich różna.
Lecz w owych czasach Galion, który rządził i sądził, miał niemało zajęcia i mógł tylko wczesne godziny poświęcać swoim przyjaciołom. Były to jednak rozkoszne godziny. Przybrani w białe togi, wypoczęci, spokojni przechadzali się po szafrannym piasku wśród ciemnych cyprysów, oddychając rzeźwem powietrzem; spoglądali na Parnas, na morze i miasto, czasem siadali na wygiętych w łuk ławkach wedle fontann, i gdy powiew rzucał na nich tęczowy pył wodny, rozmawiali w lekki i wykwintny sposób o wszystkiem, co ich otaczało, lub co zajmowało chwilowo umysły.
Obraz jakby z pod pędzla Alma-Tademy, ale i na tem koniec. Jeżeli czytelnik spodziewa się znaleźć jakąś opowieść o losach jakiegoś bohatera lub bohaterki, to się zawiedzie. Cały interes skupia się właśnie w rozmowie, która schodzi z jednego przedmiotu na drugi, oświeca je, jak promień słońca, i posuwa się dalej, porusza rozmaite sprawy mniej więcej ważne, czasem takie, które dziś są dla nas bardzo ważne, ale które tym spokojnym i władnym ludziom wydają się błahemi — czasem polityczne,