Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.2.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śniegu. Siedzieć tam, kiedy ma się przed sobą uroczą Kalifornię, równało się śmierci. A tymczasem nikt nam nie mógł powiedzieć jak długo musimy pokutować. Może tydzień, może dwa dni, może dziesięć. Oto była odpowiedź.
Słyszeliśmy wprawdzie, że sześć lokomotyw przyszło od strony San-Francisco, cztery przybyłe z Ogden sami widzieliśmy przechodzące przez Tuano. Wszystkie one uzbrojone w ogromne pługi, poszły rozbijać zaspy śniegowe, ale mogło się i to także zdarzyć, że co maszyny oczyszczą, to śnieg zasypie na nowo.
Z nudów pierwszego dnia strzelaliśmy ze cztery godziny z rewolwerów; nad wieczorem pożyczywszy rajfli od mieszkańców stacyi, udaliśmy się na polowanie, powiedziano nam bowiem, że w poblizkich górach są niedźwiedzie. Z owego polowania wróciliśmy późną nocą, niewidziawszy ani śladu niedźwiedzia, zmęczeni natomiast i przeziębli, bo nieraz przyszło nam zapadać w śnieg po szyję.
W ten sposób upłynął dzień, porobiliśmy znajomości w naszym sleeping-karze, w którym jechało arcydystyngowane jakieś towarzystwo. Trudnoż-bo i nie zrobić znajomości, żyjąc z kim, mieszkając i sypiając w jednym wagonie. Ale znajomości te nie były zbyt ponętne, najmłodsza bowiem z „ladies,“ mogła liczyć mniéj więcéj czterdziestkę, nie biorąc w rachunek podlotków.
Amerykanie poczęli się urządzać, jak gdybyśmy mieli już na zawsze tu pozostać. Jakoż zanosiło się na wcale niekrótką kwarantannę. Dzień upływał za dniem, a każdego wieczora kładliśmy się z myślą: jutro może już obudzimy się w Nevadzie.