Strona:PL Niemojewski Andrzej - Legendy.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Ale Habakuk pogroził palcem. Nastała znowu cisza. Gamaljel mówił dalej:
— Powiedziałeś, iześ przybył na ziemię, śladem proroków; ale choć ślad ich się skończy, będziesz szedł dalej. Ktoś jest, który się tak wywyższasz i drogi proroków wyciągasz?...
Zamilkł i patrzył wyzywającym wzrokiem.
Zerwał się Habakuk, a wysunąwszy naprzód dolną szczękę, trząsł brodą i mówił namiętnie:
— Ktoś jest, synu cieśli? Abośmy to cię nie znali od młodości aż do dnia, kiedyś miasto ro dzinne opuścił? Nad proroki się wywyższasz, ty, którego matka tam w sieniach stoi?...
Skoczył z krzesła Awrum, a wyciągając chudą rękę nad tłum, w kierunku podwoi, wołał urągliwie:
— Abo nie znamy braci twej, której na imię Jakób, Jozes, Judas i Szymon?
Gamaljel zaś dodał:
— Których się wstydzisz, proroku nawiedzający ojczyznę? I uchylasz się od nich, aby się o szatę twoją nie otarli?
Powstała wielka wrzawa, którą nadaremnie starano się uciszyć wołaniem z różnych stron.
Zerwał się z kolei Nahum, a wytrząsając ręką w kierunku rabbiego, wołał na cały głos:
— Lekarzu, ulecz pierwej samego siebie!
Słowa te wywołały w tłumie rozruch. Zawarte w nich szyderstwo podziałało na lud, który względem rabbiego począł się zachowywać coraz