Strona:PL Niemojewski Andrzej - Legendy.djvu/073

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    opodal wybrzeża i patrzy po wychodzących z mrza rybakach. Nagle przypomniał sobie, że kiedy nie miał owego owrzodzenia, to był bardzo podobny do niektórych z onych ludzi. To zastanowiło go i począł z większą pilnością przypatrywać się wychodzącym z wód morskich rybakom. Naraz ogarnęło go wielkie zdziwienie, albowiem im więcej ludzi występowało, tem podobieństwo stawało się większem. W końcu zdało mu się poprostu, że to on w nieskończonej ilości postaci wychodzi z toni morskiej i podąża w głąb kraju. Tedy zbudził się i nie mógł zrozumieć, co by owe trzy sny znaczyć miały i jaki byłby ich wykład.
    Następnego dnia zaczołgał się o świcie nad wybrzeże i patrzył aż do południa po widnokręgu wodnym. Rany paliły go; we wnętrzu czuł ogień. Zapłakał.
    Słone łzy, spływając po owrzodzonych policzkach, zwiększały jego boleści. Ale już nie rozumował urągliwie, już szyderstwo opuściło jego duszę. Jeno ostała się tam żałość żądna utulenia. Płakał wciąż.
    Morze ułożyło się niby gładka modrość nieba. Słońce roznieciło złoty swój pożar nad światem. Liście powisły nieruchomie na drzewach. Ptactwo leśne posnęło na gałęziach, chcąc przedrzemać skwar południa.
    A on płakał i płakał.
    Pod wieczór zaroiły się łodzie w oddaleniu a równocześnie na wybrzeżu poczęły zjawiać się