Strona:PL Na drogach duszy.djvu/110

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ciemnych bagniskach błędne ogniki — ach! tam w dole rozesłało się niebo w czarnych uroczyskach jezior, a z ich dna wykwitają blade gwiazdy i ścielą po szklistej powierzchni cichy urok zatopionych kościołów...«
    Ale na cóż się zdadzą wszystkie analizy, wszystkie parafrazy, choćby nawet tak pobratymcze jak Kornela Ujejskiego: nic nie jest w stanie oddać potęgi, czaru, wizyi i snów Szopena.
    Trzeba wniknąć w tajemnicę dźwięku jego, pamiętać o tem, że każdy jego ton, to nieoderwany symbol muzyczny, ale obnażone serce, bijące, żywe, z piersi wyrwane; trzeba pogrążyć się w bólach i cierpieniach wielkiego mistrza; trzeba wssać się w jego głębię, aż obie dusze, twórcy i słuchacza, zleją się ze sobą; trzeba jednem słowem odczuwać muzykę poza muzyką: odczuwać metamuzycznie.
    Wędrowny wirtuoz, jakich tysiącami zapłodnił Liszt, genialny historyon muzyczny, zabił w nas poczucie duszy Szopena.
    Ta ohydna, karkołomna bieganina wytrenowanych palców po klawiaturze może nam co najwyżej dać pojęcie o artystycznej robocie, o formie zewnętrznej, ale ani na chwilę nie odsłania nam rąbka wielkiej tajemnicy.
    Mieliśmy potężnych geniuszów, którzy tworzyli metamuzycznie: Beethoven, Schumann, Szopen...
    Och! gdyby się tacy znaleźli, którzyby zdołali ich odtworzyć.
    I jedynym celem tego szkicu, który jest tylko jednym pobieżnym konturem, jedną linią, zarysowującą się w mej duszy do szerokiego rysunku mistrza, — to właśnie to, że poza muzyką Szopena tkwi cały niezrównany przepych i czar naszej ziemi, że poza tą muzyką znajduje się olbrzymie morze duszy ludzkiej, wszechduszy, bo jeden tylko Szopen w naszej muzyce miał prawo powiedzieć razem z nieśmiertelnym wieszczem:
    Jestem milion!