Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziewczyna rozbawiła się, ranne smutki pierzchły. Ze śmiechem zgarnęła lejce karej czwórki i ruszyła kłusem. On stał pochylony nad nią, drażnił konie trzaskaniem z bata, dawał jej wskazówki, napawał się jej bliskością, pochłaniał oczyma jej włosy. Niby poprawiając lejce, skierował konie na inną drogę, mijając Słodkowce. Stefcia spostrzegła to.
— Jedziemy w inną stronę! — zawołała.
— To właśnie dobrze. Poco się mamy spieszyć?
— Ale ja głodna jestem — żaliła się Lucia — z obiadem czekają!
Stefcia nic nie mówiąc, skręciła lejce. Rozhukana czwórka zawróciła na miejscu i zaczęła się plątać.
— Co pani robi! — krzyknął Waldemar, chwytając lejce.
Szarpnął i zrównał konie, lecz w tej samej chwili orczyk uderzył dyszlową klacz w nogę. Rzuciła się gwałtownie i cała czwórka zaczęła ponosić.
— Cicho, Luciu! — wołała Stefcia, bo dziewczynka płakała głośno.
Waldemar ściągnął lejce z taką siłą, aż konie stawały dęba, ale nie mógł wstrzymać odrazu. Amerykan chwiał się na obie strony, kamyki żwiru ze świstem wylatywały z pod kół.
Stefcia chwyciła za lejce, wyciągnięte jak struny.
— Niech pani puści, proszę się mnie trzymać!
— Lucia, nie krzycz, bo straszysz konie, nic złego niema — uspokajał Waldemar.
Jego pewność podziałała na Stefcię. Konie zaczęły istotnie zwalniać, piana leciała kawałami z ich boków. Stefcia podniosła wzrok i z podziwem patrzała na męską postać Waldemara, na jego siłę i spokój, z jakim wstrzymywał ponoszącą czwórkę. Stał wyprostowany, równy, jakby nie przeszkadzał mu żaden wysiłek fizyczny. Tylko lejce wpiły mu się w dłonie, aż pękały rękawiczki, na skroniach wystąpiło mu kilka kropel potu. brwi miał zmarszczone i rozdęte nozdrza.
Nagle na zapatrzoną Stefcię spłynęło z góry jego spojrzenie; spokojne, ale zabójcze. Przejęło ją dreszczem.
Patrzyli na siebie. On uśmiechnął się lekko, więcej oczyma, niż ustami, i z poufałą serdecznością pochylając się, szepnął:
— Nie boji się pani?...
Głos jego miał tony pieściwe.
— Nie — odrzekła cicho.
Gdyby mogła być zupełnie szczerą, powiedziałaby mu, że było jej dobrze, jak nigdy. Bojąc się, aby on z jej oczu nie wyczytał tej spowiedzi duchowej, spuściła powieki zaróżowiona, szczęśliwa.
Jeszcze trochę wysiłku i spienione konie zwolniły. Gęsta para buchała z nich na kształt dymów, rozdęte chrapy wyrzucały, wulkaniczne oddechy, ziejąc strumieniami piany, oczy sypały iskry. Czarne grzbiety miały, wygląd aksamitu zlanego wodą. Niespokojne i podniecone szalonym biegiem gryzły wędzidła, rzucając łbami. Miały pozór poskromionych, lecz wściekłych tytanów.
Gorąca arabska krew kipiała w nich, sieć żyłek jak splątane sznurki wiła się na ich ciałach; uderzały w ziemię kopytami z dziką zajadłością i znać było, że tylko uległy potężnej sile i woli człowieka, lecz byle odrobina swobody a znowu zerwą się z szałem i hukiem pruć powietrze, jak stado centaurów.