Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Praktykant zerwał się z krzesła i odpowiedział z fałszywa swobodą:
— Postaram się zadowolić pana ordynata.
— Dziękuję. Będzie to korzystniej dla obu stron.
Ukłonili się sobie i Prątnicki wyszedł z podniesioną głową, którą za drzwiami zwiesił smutnie.
— Psia krew! dostałem arbuza — mruknął zły — bo to przecie arbuz prywatny nie urzędowa dymisja. Ale jak on to delikatnie zrobił, po pańsku. Arystokrata! — dodał ze zjadliwą ironją.
W przedpokoju lokaj chciał mu podać palto, ale Edmund odtrącił go z gniewem.
Idź do djabła!
— Oho! — zawołał służący, zamykając drzwi za nim.
Waldemar wszedł do sypialni pana Macieja. Staruszek leżał w łóżku, czytając dzienniki. Na widok wnuka, odsunął lampę.
— Czemu tak długo nie przychodziłeś?
— Rozmawiałem z Prątnickim. Już skończone — odpowiedział Waldemar, siadając obok łóżka.
— Wymówiłeś mu miejsce?
— W zasadzie tak. Zaproponowałem mu przejazd do Głębowicz.
— I zgodził się?
— To byłoby niepożądane, ale zrozumiał, czego się od niego chce.
— Powiedz prawdę: wywołała to dzisiejsza rozmowa przy kolacji. Czy tak?
— Tylko przyspieszyła.
— A wywołała głównie dla czego?
— Dziadzio się o to pyta? nie mogłem nigdy znosić jego dowcipów, zwłaszcza takich...
Powstał i zaczął chodzić po pokoju.
Pan Maciej milczał. Światło lampy, padając ukośnie, oświecało jego białe włosy i szerokie brózdy na twarzy. Czoło miał sfałdowane, oczy przymknięte, na zwiędłych ustach osiadł bolesny wyraz. Długo siedział pogrążony w głębokiej zadumie, z pochylonemi barkami, jakby gniótł go jakiś ciężar niezmierny.
Na tle dywanu jego starcza postać odrzynała się wypukło; spływały na nią gnębiące wspomnienia z przeszłości, pod ich brzemieniem zginał głowę coraz niżej. Nagle podniósł zmarszczone czoło, spojrzał na wnuka i rzekł z naciskiem:
— Waldemarze, bądź szczery. Tobie głównie o nią chodzi?
Z głębi ciemnego pokoju odezwał się głos przytłumiony, o pięknem, niskiem brzmieniu:
— Tak!
— Boże, nie odmawiaj swego zmiłowania! — szepnęły drżące wargi starca.
Zasłoniwszy oczy rękoma, modlił się cicho, powtarzając z przejęciem:
— Za moje winy nie karz go, Panie! Panie! Odpuść mi. Zaniechaj zemsty!...




XV.

Pożegnanie z paniami odbyło się uroczyście. Prątnicki nadrabiał miną, co bolało Lucię. Pani Idalja ze wspaniałością wielkiej damy wyrzekła do niego parę słów, zakrawających na serdeczność. Brzmiało to