Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ziemię, by jeden mógł zniszczyć drugiego,
Jak gdyby mało człek miał wrogów w Piekle,
Co jego zguby dzień i noc szukają,
I co powinno zgodę w ludziach szczepić.
Gdy tak stygijska Rada rozwiązana,
Przeszli w ordynku piekielni książęta,
Wodza wielkiego prowadząc w pośrodku.
Idąc wydawał się jedynym Niebios
Antagonistą, groźny władca Piekła.
Z wielką paradą i okazałością
Jakoby Boga otaczał go orszak
Srogich Serafów, błyszczących herbami
I straszną bronią. Kazano ogłosić
Przy dźwiękach trąby stanowczą uchwałę:
Na cztery strony cztery Cherubiny
Najszybsze, z brzmiącym przy ustach metalem,
Głosem heroldów spełniły rozkazy:
W pustej Otchłani daleko, szeroko,
Rozbrzmiały echa, okrzyki radosne
Wszyscy mieszkańcy Erebu wydali.
Rzeźwiejsi nieco, pokrzepiwszy myśli
Zarozumiałą a błędną nadzieją,
Porozchodzili się mocarze Piekła,
Każdy osobną obierając drogę:
Tych skłonność, tych zły wybór pokierował
W szukaniu folgi myślom niespokojnym
Zajęcia godzin długich i dręczących,
Aż do powrotu Wodza. Tu wyścigi
Na polu, inni na skrzydłach się wznoszą,
Współzawodnicząc szybkością obrotów