Strona:PL Melchior Pudłowski i jego pisma.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bo oni cnotę drogo szacowali,
Myśmy niecnocie pierwsze miejsce dali.
Ztądta wszeteczność urosła tu doma,
Aż wzgórę Polska wirzgnęła nogoma,
Która w swą klubę pierwej przyść nie może,        15
Aż święta cnota złą niecnotę zmoże.



16.   O skąpym frasownym.

Wierę, ja nie wiem, jako mu ugodzić.
Bo wszytko mniema, bych go miał uszkodzić.
Przemierzły chłopie, myśląc o tym złocie.
Leżysz w frasunku, by świnia we błocie.



17.   Sława.

Wszytki rzeczy, które są, zginąć pewnie muszą,
Lecz sławy dobrej wieki nie naruszą.
Miasta, zamki i sklepy, za fraszkę to stoi,
Sława się żadnej strzelby i czasu nie boi.



18.   Żart przystojny.

Prawdę mówiąc, nadobny wieniec jest różany,
Lecz wdzięczniejszy fiołki kiedy przeplatany;
Nadobnie, gdy się człowiek statecznie sprawuje,
Lecz i to pięknie, żartem gdy statek farbuje.
Jako różej fiołek na wieńcu nie szkodzi,        5
Tak żart statkowi, gdy go kto k rzeczy przywodzi.



19.   Do sobie.

Czekałem długo szczęścia, lecz iż przyść nie chciało,
Bych mu więcej nie służył, tak mi się też zdało.
Rad, przestrzegając cnoty, przestanę w chudobie,
Puszczam swój plac inszemu, niech polepsza sobie.



20.   Do Pana jednego.

Atoliś dość obiecał, miłościwy panie,
Więc nie wiem, kiedy skutek twym się słowom stanie.