Strona:PL May - Matuzalem.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale może zabierzemy ze sobą przynajmniej Ryszarda?
— Wprawdzie mam do niego większe zaufanie niż do innych, gdyż jest rozważny i przezorny ponad swój wiek, ale matka mi go zaufała, nie powinienem więc chłopca niepotrzebnie wystawiać na niebezpieczeństwo.
— Przewiduje pan jakie niebezpieczeństwo?
— Nie, wszelako rzeczy mogą wziąć niespodziany obrót. Idź już i znajdź naszych przyjaciół. Zapytają o mnie. Powiedz, że chcę zostać sam, ponieważ zamierzam spisać notatki. Później wrócisz do mnie. Ściemni się za kwadrans.
Godfryd odszedł. Niebawem zjawił się służący i zapalił latarnię. Zapytał, czy „najdostojniejszy i najbardziej sędziwy pan“ nie życzy sobie niczego.
— Nie, dziękuję. — oświadczył student. — Ale powiedz mi, czy wolno zejść do ogrodu?
— Rano nie, gdyż spaceruje wówczas „kwiat domu“.
— Ale teraz?
— Tak. Czy mój rozkazodawca życzy sobie wyjść?
— Niebawem. Jestem yuet-tse[1] i pragnę w samotności rozmyślać.
— Zaprowadzę „twórcę wierszy“ do furtki i tam będę oczekiwał jego powrotu, gdyż może wasza dostojność zechce coś rozkazać.

— Będzie mi towarzyszył mój własny służący.

  1. Syn księżyca — poeta.
45