Strona:PL May - Matuzalem.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czyś oszalał, czy też może zapomniałeś, ile ci ofiaruję?
— Nie zapomniałem. Tysiąc li.
— No, czy to niedosyć?
— Nie, to za mało.
— Aby ukraść bożka? Wszak nic łatwiejszego!
— Owszem, ale mam go nietylko ukraść, ale także unieść do środka miasta, a nawet zakopać w ogrodzie lina[1]. To potrójny trud.
— Nie, to tylko jeden czyn.
— Bożka ukraść, zanieść bożka i zakopać bożka — to trzy różne czyny. Musiałbym więc mieć trzy tysiące li.
— Hultaju! Daję tysiąc, nie więcej!
— Sędziwy pan niech sobie uprzytomi, jaka to trudna robota. Bożek jest metalowy, może tylko dwakroć mniejszy ode mnie, i bardzo ciężki. Potrzebuję do pomocy drugiego człowieka.
— Jesteś dosyć silny; znam cię i wiem, co potrafisz.
— Nosić mógłbym go nawet sam, ale, aby wejść z nim do miasta, muszę go umieścić w palankinie.
— To prawda.
— A więc powinienem dostać co najmniej dwa tysiące; tysiąc dla mnie i tysiąc dla pomocnika.
— Ale w dzień nie możesz go ukraść, a w nocy ulice są zamknięte. Jakże go przeniesiesz?

— Ukradnę go o zmierzchu. Obecnie zamykają bramy w godzinę po zapadnięciu zmroku. Dosyć cza-

  1. Sąsiada.