Strona:PL May - Matuzalem.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A cóż dopiero przy lądowaniu! Setki ludzi rzuciło się na podróżnych, byleby zarobić parę sapeków. Kulisowie, praczki, golarze, wioślarze, przewodnicy, handlarze, tłumacze, — wszyscy napraszali się z usługami, natrętnie pchając się i odpychając brutalnie konkurentów. Matuzalem czekał na okręcie, póki ta hołota, nie spodziewając się już więcej pasażerów, nie poszukała sobie innych ofiar w innem miejscu.
W Sza-mien istnieje tylko jedna gospoda, należąca do pewnego Portugalczyka. Tam właśnie udała się nasza szóstka — w przepisanym porządku i ordynku. Rozumie się, że odrazu zebrała się dookoła nich gromada zaciekawionych gapiów. — „Fan-kwei!“ — „Obcy djabli“ — rozlegało się gęsto, wszakże nikt nie ośmielił się zaczepić ich czynnie, może ze względu na ich dostojną, pełną godności postawę, a może dlatego, że istotnie widzieli w Turnersticku mandaryna.
Gospody nie można było nazwać hotelem. Europejczycy tutejsi cały dzień pracują, a wieczorami zbierają się w swych rozmaitych klubach, więc gospodarz musi się liczyć ze słabą frekwencją.
Zaproponowano podróżnym wolne pokoje. Degenfeld jednakże odmówił i poprosił o piwo. Trunku tego w gospodzie nie było, jednakże gospodarz wkrótce sprowadził go z sąsiedniego klubu.
— Zdawało mi się, że pan nie chce już pić piwa, — odezwał się Godfryd do Degenfelda. — Przynajmniej tak pan oświadczył w Hong-Kongu, niby z powodu drożyzny.