Strona:PL Marian Zdziechowski - Pestis perniciosissima.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nież rozumieć społeczeństwo, wśród którego żyjemy i którego synami jesteśmy. Nie podzielając żadnego z jego błędów, szukajmy tych punktów, przez które moglibyśmy trafić do serc i umysłów jego członków. Nie odwracajmy się od nich pogardliwie, nie czyńmy im zniewag, nie przeklinajmy za błąkania się i winy, nie mówmy, jak owi pyszni u Izajasza: oddalcie się, jesteście nieczyści, dotknięciem waszem skalacie nas. Owszem, leczmy ich rany cierpliwie, z miłością ojców i matek, z tem miłosierdziem, które nigdy nie powie: oto już dość; lejmy na nich nie ocet i żółć, lecz oliwę i wino, za przykładem dobrego Samarytanina z Ewangelii, a zdołamy ich jeszcze pozyskać»[1].

«Świat dzisiejszy tak się ukształtował, że przejmuje się oburzeniem gwałtownem na samą myśl o religii, posługującej się siłą materyalną; wystarcza pozór przymusu zewnętrznego, aby rozdrażnić ludzi dzisiejszych i uczynić ich nieprzyjaciółmi naszymi. A jednak wiek nasz, pomimo swej pysznej pogardy dla kapłana, przyjmuje go z szacunkiem, gdy dostrzega w nim promień wiedzy, a chyli czoło ze czcią, gdy go widzi otoczonego aureolą cnoty, a przede wszystkiem królową cnót, którą jest miłość. Wiedza, cnota, a głównie miłość znaj-

  1. Ib., str. 223—4.