Strona:PL Ksenofont Konopczyński Wspomnienia o Sokratesie.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z sobą do zgody, aby w ich miejsce coś trwałego postawić. Każdy z nich inne wygłaszał teorye i zasady. Nad wszystkiemi zapanowała ta, że „człowiek stanowi miarę wszystkich rzeczy,“ jak dowodził Protagoras, pierwszy i najznakomitszy z pomiędzy sofistów. Tak nazywali się w Grecyi ludzie, którzy uważali się za powołanych uczyć innych — nie sposobów szukania prawdy, gdyż, podług nich, prawdziwem dla każdego jest to, co takiem mu się być wydaje, ale tylko tak umiejętnego posługiwania się mową, aby przy jej pomocy można było zwalczyć zdanie przeciwnika, jakkolwiek najsłuszniejsze, i zapewnić przewagę swemu, choćby ono nic słusznego w sobie nie zawierało. Znajdowali zaś tem łatwiej powolnych sobie słuchaczów, że przy panujących w państwach greckich rządach demokratycznych umiejętność wskazująca środki, jak wpływać na przekonania innych i zmieniać je na dogodne dla siebie, odgrywała bardzo wielką rolę. Nabierali więc sofiści z dniem każdym coraz większego znaczenia i wpływu, a nawet majątku, gdyż drogo kazali nauki swoje opłacać. Nic więc dziwnego, że pod wpływem szerzących się nauk tego rodzaju zaczęła zanikać różnica między prawdą i fałszem, cnotą i występkiem i tworzył się zamęt w pojęciach, co dobre, a co złe, co godziwe i co przeciwne temu.
W czasach takiego właśnie rozstroju zjawił się Sokrates. Nie widząc możności usunięcia zamętu w sferze pojęć o początku i budowie świata, jaki zostawili w spuściźnie po sobie dawniejsi filozofowie, uważał on za rzecz nierównie ważniejszą wystąpić