Strona:PL Kraszewski - Szaławiła.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie spuszczając go z oka — będę w mig na zawołanie.
— Ja będę się kręcił około Żmurek, rzekł Dygowski, okolicę znam, a starostę Bożeńskiego mieć muszę na oku...
— Ja pojadę do Lublina — odezwał się Tomaszewski...
— Ja? ja? dodał Barański, myślę że około Horwatowego stryjaszka nie zawadzi aby kto był, pojadę w tę okolicę.
— No, a Zabrzeskiemu pozostaje do Warszawy wprost ruszyć i tam śledzić.
— Tak! odparł z westchnieniem powołany. — Bardzo was lubię kiedy rozebrawszy między siebie co łatwiejsze i co tańsze, mnie z łaski swej dajecie Warszawę.
To mówiąc wydobył dwie białe płócienne kieszenie kontusza i pokazał je zgromadzonym.
— Z takim zapasem do Warszawy? hę? rozśmiał się i siadł.
— To prawda, rzekł Barański... ale ja ci powiem Zabrzeski, ty nie masz głowy... Ja raz pół roku jak obszył, nie widziałem złamanego szeląga w sakiewce, podróżowałem parą koni z ludzi dwojgiem, miałem się dobrze, nawetem się podpasł i jeszcze mi się kłaniano.
— A to jak? zapytał Zabrzeski.
— Mój Boże — odparł pierwszy, ja do