Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   64   —

Bifsztek miał się ku końcowi, gdy wniesiono kurczęta, które obudziły w profesorze wybuch oburzenia na tę rozrzutność nie przebaczoną.
— Po co! na co? począł wołać — do czego to! zlituj się! Nikt temu nie podoła — jak można tak dokazywać!
Serafin w ramię go pocałował, ale się stawał coraz napastliwszym.
— A! już niema rady — mówił profesorowi — co zadysponowano należy zjeść. Gniewaj się pan nie gniewaj — ja nie daruję! jeść trzeba.
Puścił się Maciórek w srogie narzekania na te polskie obżarstwo i rozrzutność, wzdychał, piorunował, zapomniał się i kurczę swoje skonsumował gdy wjechał omlet i dwie białogłowy.
Wybuch był straszny, profesor powstał z kanapki, na któréj mu honorowe miejsce dano, chwycił za kapelusz, chciał wychodzić, na pół drogi do drzwi Bolek zdrajca dopomógł go zatrzymać, posadzono gwałtem na dawne prezydyalne miejsce i Brzuchowski wypił zdrowie tego, któremu był winien co miał w głowie.
Naturalnie Maciórek rozczulony tak, że serwetą coś sobie z twarzy ocierał, niewiadomo łzy czy tłustość, wypił za zdrowie tego, któremu winien był co miał w żołądku. Rzucono się sobie wzajem w objęcia i porządkiem logicznym przyszło do najmilszych wspomnień przeszłości — któréj profesor cierpiéć nie mógł — ale w tym wypadku czułość ku niéj okazać musiał.