Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   3   —

le sporych, miały one wszelkie pożądane rozmiary. Butelki wina czerwonego i białego jak policyanci na warcie rozpuszczone były pomiędzy nakryciami. Serwety kunsztmistrz pewien poskładał na talerzach w najfantastyczniejszych kształtach łódek, kapeluszów, pugilaresów, popisując się z niesłychaném bogactwém wyobraźni.
Wszystko to cieszyło Żaka, bo pod jego okiem i kierunkiem dokonane zostało. Mógł już ręce teraz w tył założyć i chodzić spokojny w sumieniu, ale nie uczynił tego jedynie ażeby nie zmiąć mankietków karbowanych, u których przepyszne guzy talerzykowate wydatne były. Na rękach téż pierścieni dużych, rycerskich nie brakło; pierścieni, których każdy niemiec szanujący się wkłada kilka przy każdéj uroczystości.
Chociaż stół istotnie czarodziejsko i olśniewająco wyglądał, niepodobna wyrazić z jak filozoficzną obojętnością na ten przepych i wytworność patrzał mąż co już wiele przeżył podobnych obiadów i widział ich ruiny.
W jego wyobraźni malowało się może już to, w co stół po kilku godzinach się miał obrócić — plamy czerwonego wina, pstrocizny sosów, pomięte serwety, powywracane solniczki, ogołocone desery, obłamki chleba — jedném słowem Baltazarowa ruina.
Vanitas vanitatum! Patrzał na rozłożone drukowane kartki z rejestrem nieuchronnych potraw, niezbytym łososiem z holenderskim sosem, nieuchronnym groszkiem zielonym i lodami, nie czując