Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   186   —

To mówiąc westchnął. Bolek skorzystał z interwallu i zapytał.
— Czy wuj pewien, że Serafin jest bankrut?
— Tak samo pewien jestem, że on bankrut, jak że ty niepotrzebny romans rozpocząłeś z kupcówną — odparł profesor. — A tego nie wiesz, że najgorsze romanse są właśnie w tych sferach, gdzie je biorą na seryo. U góry to chléb powszedni, nic sobie z nich nie czynią, a stary Rehmajer!!! ho! ho.
Zmilczał Bolek, profesor za kapelusz wziął i jeszcze raz dodał.
— Z tego domu im rychléj tém lepiéj trzeba uciekać... mówię ci.
— Niech wuj będzie spokojny — szepnął Bolek, który już był ubrany i zabierał się także do wyjścia.
— Idziemy razem? — rzekł stary.
— Nie, kochany wuju, ja jeszcze mam wstąpić.
Profesor chrząknął znacząco.
— Zatém, kłaniam uniżenie.
Nałożył kapelusz i wyszedł powoli. Bolek téż spiesznie sposobił się do wyjścia. Raz tylko jeszcze przejrzał się w zwierciadełku, suknie starannie poociągał, uśmiechnął się do siebie i rękawiczki rozpatrzywszy, począł je nakładać.
Wyglądał wcale paniczykowato, choć miał zaledwie trzydzieści kilka złotych w kieszeni. Twarz jego od niejakiego czasu nabrała była wyrazu śmielszego i szyderskiego, nawet doktor Bazyli, spotykając go zdala na ulicy dostrzegł, że dawny kolega musiał wygrać jakieś terno na loteryi życia,