Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   184   —

— Ale! panna by ci się nie podobała z takim posagiem jak Dziembówna? — mówił stary.
— Zkąd że wuj wie o posagu?
— Przecie to ludzie bogaci.
— Kto to wie! — mruknął Bolek.
Maciórek się podniósł nieco na sofie.
— Ej? jest wątpliwość? seryo?
— Wielka — rzekł krótko Bolek — udawane państwo podobno, a ruina za pasem.
Maciórek wydął usta.
— Nigdzie prawdy! — zawołał — na niczém się oprzéć nie można. To tak jak z tym Serafinem. — Żeby nie przybycie sędziego, miałbym go za krociowego, a to bankrut.
Bolek się odwrócił z wesołą twarzą.
— Doprawdy? pewnie? — rzekł.
— A no, kiedy ja ci mówię. Tam mu podobno majątek licytują, a on tu przyleciał się ratować jakim takim ożenkiem.
Bolek śmiał się rozradowany niezmiernie, o własnéj zdawał się zapominać awanturze, tak go to cudze nieszczęście cieszyło.
Maciórek go badał oczyma ciekawemi.
— Wszystko blichtr! nigdzie człowiek z wczorajszego obiadu na jutro nie może nic wnosić, niepewność w stosunkach! Zdrada! szelmostwa. Dziś cię karmi pasztetami, a jutro, patrz — fiut — i koziołka wywrócił.
Westchnął Maciórek.
— Lecz żeby Dziemba znowu był skompromitowany? Ej? czy ci się nie przywidziało?