Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


baczył, byłaby przepadła. Ojciec i siostry stali za węgłem domu z przeciwka, gotowi do obrony, ale i do ucieczki. Gdyby się nie dało wybronić, lepiej jednej głowy, choć siostry i córki, odżałować, niż swoje stracić. Serca im dygotały w piersiach. To była najzuchwalsza, najśmielsza kradzież.
— Nie bałaś sie, ze cie przisiednom? — pytała Wikta.
— Ej! Ani mi do myśli nie przisło. Kiebyk sie béła bała, nie béłabyk lazła.
W dolinie przy stawie, w lesie podczas napadu: zdawało sie, że rosła. Kiedy pomiędzy ludzi szła, kurczyła się i gięła, pół jej ubywało. Bała się ludzi, niecierpiała ich.
— Kąsałabyk, kie między nik wlaze — mówiła — jaze mi zukwy skacom.
Ulka kradła najlepiej. Zawsze ona najwięcej przyniosła łupu, zwłaszcza pieniędzy. Nie uszło nic jej oka, niczego nie minęła. Ulka ma w palcach światło — śmiały się z niej siostry, bo żeby najciemniej