Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stało to przy drodze.
Idzie Franek ku kapliczce, zdejmuje kapelusz, klęka i tak się modli: Panie Boze, jakbyś mi dopomóg w tym stropieniu, to jo Ci telo śrybła do kościoła w mieście okfiarujem, kielo do obu garści nabierem. Zkąd bedzie to bedzie, cy ze ziemie wykopiem, cy z morza wyłowiem, cy z Luptowa prziniesem, cy z kase homerskiéj ukradnem: to się Ty juz o to nie staroj. Nie Twoja głowa w tém, ino moja. Tyś ta jest wsekmogoncy, to Ty to w ocymieniu sprawić mozes, kiebyś ino fcioł, ale jo juz i do tyźnia pocekom, cobyś ino sprawił, a pytom Cię barz piknie, odmień serce w panie Walewskim, coby się nom nie prociwiéł. Amen.
Wstał i poszedł.
Kopie rudę, kopie, czeka, ale nic. Tyle mu służka doniosła, kiedy w sobotę z bani zeszedł na dół, że się pan Walewski jeszcze raz rozgniewał na córkę, że ją i wybił po plecach «lajśtokiem.»
Tydzień właśnie minął.
Idzie Franek znowu pod kapliczkę, klęka, zdejmuje kapelusz i tak mówi: Panie Boze, tydzień minon. Cok prziobiecoł, dotrzimiem. Jakeś ta moze cémsi iném zatrudniony béł, niekze jesce bedzie do tyżnia. O tydzień zaś zéjndem z banie dołu. Barz Cię piéknie pytom, ale nie śpasuj, bo se mnom śpasów niéma. Kiebyk niewiedzioł, ze sytko mozes,