Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I co się nie zrobiło, zakochał się ten juhas w dziewce, co pasała krowy pod Muraniem. Co się mu stało, nikt nie mógł wyrozumieć Ale się tak odmienił, jakoby mu kto duszę wyjął i inną włożył. Co by mu się piérwej oczy były zaiskrzyły, a zęby zaświeciły we wargach, to sie teraz tylko uśmiechnął i odwrócił, albo poszedł dalej. Owce wyganiał w tamtą stronę, ku Muraniu, a choć na cudzem pasł, nikt mu się tam nie sprzeciwiał, bo nikt nie wiedział, czy się to uśmiechanie może nie skończyło, albo nie skończy do razu? Pasł, gdzie chciał. Wyganiał owce w Murań, a juhasom tamtejszym mówił:
— Idźcie paść w Syrokom Jaworzyńskom.
— Kie sie boimy wasego bacy.
A on się uśmiéchnął:
— E, juzek go pytał, coby wam niebronił.
To śmiało szli, bo już wiedzieli, że ani papier z urzędu tyle nie wart, co ta prośba.
I tak nie było krzywdy, ani niezgody.
A ona dziewka pochodziła ze Zdziaru, gdzie sławne są z urody kobiety. Nazywała się Agnieszka Hawrańcówna, i nie uwierzyłby nikt, tak się na tego Bronisława Luptowskiego patrzyła, jak na pniak. Nie mógł sobie z nią nijakim światem rady dać.
— Jagniś — mówił jej — nie bedzies mię lubiła?