Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cy cię potę ku niemu nie podciągo, smarkulo? — śmieje się Tyrała.
A Antosia zaraz łzy połknie i zaperzy się: A kaby mię podciągać miało? Ku wom? Widzieliście kogo suhy karpiel gryźć? Co?
Póki jeszcze pogoda była, tłukł się Jasiek ze skrzypcami po lesie i wytrzymywał, jako mógł. Ale kiedy przyszła lejba, przyszły chmurne, posępne dni kujesienne, przykurzył po wierchach śnieg, zapadła mgła, ciemność po dolinach: ledwie mu dusza od żalu nie uciekła. Bo ani go kochać niechciała, ani wiedział, czem jej dokuczył, czem ją zraził, co jej złego zrobił? Już niewiedział, co gorsze: to pierwsze, czy to drugie? Za jedno by był życie dał, drugie życiem odkupił... Tak...
Raz popołudniu, Marysia jakaś niezdrowa była, krów niewygnała, widział ją, że do szałasu, gdzie jeść gotują, weszła. Wszedł za nią.
Watra była malutka, ledwie tlejąca; ciemnawo.
Nie mówi nic, siadł pod ścianą na ławie, ona na stołku siedzi, nie patrzy nań.
Czas uszedł jakiś, oni milczą; zdjął Jasiek skrzypce z kołka w ścianie, brzęknął palcem po strunach. Brzęknął znowu raz, drugi. Nakoniec zadzwonił na strunach palcami.

»Kie jo sobie wołki pasał przy zielonym gaićku,
Przisło ku mnie śwarne dziéwcę: co tu robis Janićku?...«