Strona:PL Karol May - Winnetou w Afryce.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Z miłą chęcią.
— Więc pożegnajmy się. Dowidzenia, do popołudnia!
Podał mi dłoń i wrócił do swojej kajuty. Na mój znak Winnetou poszedł za nim. Apacz zameldował mi później, że Hunter wyjął z kuferka pugilares i schował przy sobie. To było wszystko, co narazie chciałem wiedzieć.
Koło przylądka kapitan kazał skręcić i łodzią podwieźć Huntera na ląd. Potem pojechaliśmy dalej, do portu. Tam wręczyłem kufer hammalowi[1].
Ani mi się śniło w koszarach zasięgać informacyj o kolorasim. Postanowiłem natomiast pójść do mego przyjaciela Krüger-beja. Wiedziałem, gdzie go znaleźć. Miał dwa mieszkania służbowe, jedno w Kasbah, w pałacu beja, — w samem mieście, a drugie na Bardo, na zamku, odległym o cztery kilometry od miasta, stanowiącym właściwą siedzibę rządu. Zostawiłem swoich przyjaciół w hotelu i poszedłem z początku do Kasbah, a następnie, nie spotkawszy go tutaj, do Bardo. Droga była mi doskonale znana, gdyż nieraz ją przemierzałem, odwiedzając równie miłego, jak oryginalnego Pana Zastępów.
W Bardo nic się od czasu mego ostatniego pobytu nie zmieniło. W przedpokoju siedział stary podoficer, który, jak wiedziałem, meldował przybyszów. Palił cybuch, szablę położywszy obok siebie.

— Czego chcesz? — zapytał mechanicznie, nie racząc na mnie spojrzeć.

  1. Tragarz.