Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   498   —

— Wczoraj. Była to blada twarz, która pytała o Tse-szosz. Kazaliśmy mu udać się do puebla do Inty.
— Uff! Ja szukam tego człowieka. To morderca Inczu-czuny, a ja chcę go pochwycić.
— Uff, uff! — zawołali obydwaj i zesztywnieli ze strachu. — Morderca? Nie wiedzieliśmy tego, nie zatrzymywaliśmy go wcale.
— To nic! Wystarczy, żeście go widzieli. Nie możecie teraz jechać dalej, lecz musicie zawrócić. Ja was później sam poprowadzę w góry Gros-Ventre. Jedźcie!
Sam też ruszyłem naprzód.
— Tak, wrócimy — zgodził się Yato-ka. — Musimy dostać mordercę w nasze ręce!
W kilka godzin potem stanęliśmy nad Rio-Pecos, a przeprawiwszy się, jechaliśmy dalej drugim brzegiem. Podczas tego opowiedziałem obu Apaczom moje spotkanie pod Nugget-tsil i o tem, co następnie przeżyłem we wsi Keiowehów.
— A więc młody wódz Pida puścił się w pogoń za mordercą?
— Tak.
— Sam?
— Udał się za wojownikami, wysłanymi przez jego ojca, i pewnie ich rychło dopędził.
— Czy wiesz, ilu ich było?
— Widziałem ich, gdy odjeżdżali i zliczyłem. Było dziesięciu, a z Pidą jedenastu,
— Tak mało?
— Dla pochwycenia jednego zbiega jedenastu wojowników nie jest za mało, lecz raczej za wiele.
— Uff! Synowie Apaczów dożyją wielkiej radości, gdyż pochwycą Pidę i jego wojowników i przywiążą ich do pali męczeńskich.
— Nie! — odparłem krótko.
— Nie? Czy sądzisz, że nam ujdą? Morderca Santer udał się do naszego puebla, a oni za nim. Muszą zatem udać się także do puebla i wpadną nam w ręce.