Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   450   —

wił tego, gdyż zależało mu z pewnością na tem, żeby być jedynym i wyłącznym właścicielem tajemnicy. Spróbował tedy wykrętu:
— To, co zawiera mówiący papier, ma znaczenie tylko dla mnie jednego. Że jest mój, tego dowiodłem tem, że jechałem do Mugworthills. Że Old Shatterhand znalazł go przedemną, to czysty przypadek.
— Rozumnie powiedział — oświadczył Tangua. — Mówiący papier jest jego własnością.
Teraz przyszedł na mnie czas przemówić, gdyż wyczytałem w twarzy Pidy, że był skłonny zaniechać dalszego oporu.
— Tak, to było rozumne — rzekłem — lecz nie prawdziwe. Santer nie przybył do Mugworthills dla tego papieru.
Stary wódz drgnął na dźwięk mojego głosu jak człowiek, lękający się niebezpieczeństwa, i syknął do mnie zjadliwie:
— Ten pies śmierdzący znowu zaczyna szczekać, ale to mu nic nie pomoże!
— Pida, młody i waleczny wódz Keiowehów, zaznaczył przedtem, że Tangua jest mądry i sprawiedliwy — prowadziłem rzecz dalej. — Jeśli to prawda, to nie postąpisz stronniczo.
— To jest prawda.
— Powiedz tedy, czy podejrzywasz mnie o kłamstwo?
— Nie. Old Shatterhand jest najniebezpieczniejszą z bladych twarzy i moim wrogiem najgorszym, lecz nigdy nie był dwujęzyczny.
— To przyjmij do wiadomości, że nikt inny nie mógł wiedzieć, gdzie papier leżał, oprócz mnie. Santer nie miał o tem pojęcia i nie ja, lecz on, był przypadkowo przy tem, gdy go znalazłem. Spodziewam się, że mi uwierzysz.
— Tangua przypuszcza, że Old Shatterhand nie kłamie, lecz Santer twierdzi także, że prawdę powiedział. Jak mam rozstrzygnąć, ażeby postąpić sprawiedliwie?
— Dobrze jest, kiedy się sprawiedliwość połączy