Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   415   —

baczyć, czy jesteśmy tu bezpieczni. Jeśli rzeczywiście jesteście tak dzielnymi westmanami, jak powiadacie, to musicie wiedzieć, że nie obozuje się w lesie, nie wiedząc, czy niema w nim jeszcze kogoś. Ponieważ nie dopilnowaliście tego, to ja to zrobiłem i zasłużyłem raczej na wasze uznanie, nie na ton, na jaki sobie wobec mnie pozwalacie.
— Ach! Szukaliście śladów?
— Tak.
— Czy umiecie je odnajdywać?
— Prawdopodobnie!
— Ja sądziłem, że szukaliście już nuggetów.
— Nie jestem taki głupi.
— Dlaczego byłoby to głupiem?
— Czyż wiem, po której stronie i w jakim kierunku należy ich szukać? O tem wie tylko Santer, o ile tu się wogóle złoto znajduje.
— Zdaje mi się, że na waszą istotę składają się same wątpliwości, podejrzenia i nieufności. Byłoby rzeczywiście lepiej, gdybyśmy byli zostawili was waszemu losowi.
— Tak? A może ja właśnie byłbym jedynym, któryby potrafił znaleźć złoto, gdyby tutaj było. Ale złota już niema...
— Niema? Kto to powiedział?
— Ja to mówię.
— Dlaczego? Skąd możecie wiedzieć, że już tutaj nie leży?
— Zdrowy rozum mi to dyktuje. To dziwne zaiste, że jako doświadczeni westmani nie wpadliście na to już dawno!
— Nie mówcie zagadkami. Powiedzcie wyraźnie! Czy było tutaj złoto?
— Na to się godzę.
— Któżby je mógł zabrać?
— Winnetou.
— Skąd wam ta myśl przyszła?
— Raczej ja powinienbym zapytać, jak wy mo-