Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   410   —

— Nie bójcie się o to! Już my ją znajdziemy!
— Tu na sawannie? Tu są tylko antylopy, które nie dopuszczą nas tak blizko do siebie, żebyśmy mogli strzelać.
— Mądrze mówicie i trafiliście prawie w sedno. Ale w Mugworthills jest las, będzie więc i zwierzyna. Tak powiedział mr. Santer.
— Kiedyż tam dojedziemy?
— Może koło południa, jeśliśmy, jak przypuszczam, dobrze jechali.
Nikt nie wiedział lepiej odemnie, że jechaliśmy dobrze i że przed południem dostaniemy się do Nugget-tsil. Ja prowadziłem ich właściwie tak, że tego nie zauważyli. Oni więc jechali ze mną, a nie ja z nimi.
Słońce nie doszło było jeszcze do szczytu swej codziennej drogi, kiedy ujrzeliśmy wznoszące się z ziemi zalesione wzgórza, do których zdążaliśmy teraz.
— Czy to są Mugworthills? — zapytał Clay.
— Tak — odparł Gates. — Mr. Santer opisał nam całkiem dokładnie, jak wyglądają od północy, a to, co tutaj widzimy, zgadza się z tym opisem. Za pół godziny będziemy u celu.
Lecz Summer osłabił tę nadzieję, mówiąc:
— Zapomniałeś, że Mugworthills są od północy niedostępne dla jeźdźców.
— Wiem o tem dobrze. Miałem teraz na myśli tylko to, że będziemy tam za pół godziny. Potem objedziemy Mugworthills dokoła, dopóki od południa nie dostaniemy się na dolinę, która je dzieli.
Słyszałem, że Santer opisał im dokładnie teren, chciałem więc przekonać się, jak daleko sięgała ta dokładność i zapytałem:
— W tej dolinie spotka się pewnie Santer z wami, mr. Gates?
— Nie w dolinie, lecz na górze.
— Czy mamy się tam z końmi wydostać?
— Tak.
— A jest tam droga?