Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   403   —

znowu się z nami spotka. To czcigodny gentleman, który chce nas wzbogacić. Z pewnością i wam się także spodoba, skoro go tylko ujrzycie.
— Zobaczymy, ale ja radzę, żebyśmy byli ostrożni!
— Przed nim?
— Tak.
— Ależ niema najmniejszego powodu do nieufności!
— A ja wprawdzie gotów jestem przyłączyć się do was, lecz oczy będę miał dobrze otwarte. Kto dla kilku nuggetów strzela do dwojga ludzi, którzy nie zrobili mu nic złego, po tym można się naprawdę spodziewać, że i nas zamorduje, by posiąść złoto, skoro tylko je znajdziemy.
— Mr. Jones, co... co... wy...?
Nie skończył zdania i wypatrzył się na mnie z przerażeniem. Clay i Summer zafrasowali się także.
— Tak — mówiłem dalej — to nietylko możliwe, lecz nawet prawdopodobne, że wzywa was na pomoc z tem silnem postanowieniem, żeby was w niegodziwy sposób usunąć potem, skoro tylko skarb się znajdzie.
— To tylko urojenia wasze, jak się zdaje!
— Bardzo się w takim razie mylicie! Jeśli rozważycie rzecz dobrze i bez uprzedzenia dla Santera, to musicie przyjść do tego samego przekonania co i ja. Najpierw wyobraźcie sobie, że ten człowiek jest przyjacielem Tanguy, znanego jako największego i nieprzebłaganego wroga wszystkich bladych twarzy! W jaki sposób mógł on posiąść jego przyjaźń?
— Nie wiem tego.
— Tego nie trzeba dopiero wiedzieć, to można sobie bardzo łatwo wywnioskować.
— Cóż wy sobie wywnioskowaliście, mr. Jones?
— Kto jest przyjacielem wroga wszystkich białych, ten musiał dowieść, że także nie dba o życie białych, a to jest powodem dostatecznym, żeby się przed nim pilnować ogromnie. Czy mam słuszność, czy nie?