Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




ROZDZIAŁ VIII.
Testament Apacza.

Winetou nie żyje! Te trzy słowa wystarczą na określenie nastroju, w jakim znajdowałem się wówczas. Myślałem, że nie zdołam rozłączyć się z jego grobem. Kilka pierwszych dni siedziałem przy nim w milczeniu, przypatrując się ożywionemu ruchowi zakładających nową osadę. Powiadam, że się przypatrywałem, ale nic właściwie nie widziałem. Dochodziły mnie ich głosy, ale ja nie słyszałem niczego. Byłem nieobecny duchem. Mój stan podobny był do stanu człowieka, który, ogłuszony na pół z powodu uderzenia w głowę, słyszy wszystko, jakby z daleka, a widzi jak przez szybę matową. Było to prawdziwem szczęściem, że czerwonoskórzy nie znaleźli naszych śladów i miejsca obecnego pobytu. Nie byłbym teraz sprostał im w walce. Kto wie zresztą, czy takie niebezpieczeństwo nie byłoby mnie wyrwało z mojego odrętwienia.
Zacni osadnicy usiłowali zająć mnie swojemi czynnościami, lecz wynik ich starań był bardzo powolny. Minęło kilka dni, zanim się opamiętałem i zacząłem im pomagać. Dobroczynne działanie tej zmiany nie kazało długo na siebie czekać. Musiano wprawdzie każde słowo wydobywać ze mnie przemocą, lecz wnet wróciła mi dawna energia i niebawem byłem znów tym, którego rada i zdanie kierowało drugimi.