Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   357   —

— Składam swe uszanowanie, sir! — rzekł także z ukłonem ku mnie. — Sądzicie zatem, że kolonel zobaczył kartkę i czemprędzej nadejdzie?
— Przypuszczam.
— Bardzoby mnie to ucieszyło, wierzcie mi!
Byłbym mu także uwierzył bez zapewnienia i przysięgi.
— Rozporządzam tylko czterdziestu ludźmi — mówił dalej — a większa ich część zajęta teraz na torze. Czy nie byłoby najlepiej opuścić zaraz Echo-Cannon i cofnąć się do najbliższej stacyi?
— Co wam do głowy przyszło, sir! Czy jesteście zającem? Co w takim razie pomyśleliby o was przełożeni? Utracilibyście natychmiast posadę!
— Wiecie co, sir? Dla mnie życie więcej warte, niż stanowisko. Zrozumiano?
— Wierzę, wierzę. Ilu ludzi ma pułkownik?
— Stu i to najdzielniejszych.
— O tem się przekonałem!
— A ilu było Indyan?
— Przeszło dwustu z railtroublerami.
— O biada! Oni nas wystrzelają co do nogi! Nie widzę innego środka prócz ucieczki.
— Pshaw! Która z poblizkich stacyi jest najwięcej zaludniona?
— Promontory. Będzie tam teraz około trzystu robotników.
— To zatelegrafujcie i każcie sobie przysłać stu uzbrojonych ludzi!
Płatniczy wytrzeszczył na mnie oczy i usta otworzył, a potem zerwał się, klasnął radośnie w ręce i zawołał:
— Doprawdy! To dziwne, że ja nie pomyślałem dotychczas nad tem!
— Jesteście, jak się zdaje, wielkim geniuszem strategicznym. Niech ci ludzie przywiozą z sobą także żywność i amunicyę na wypadek, gdyby wam jej zabrakło. A pamiętajcie, że wszystko musi się odbyć w naj-