Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   276   —

łem. — Muły, niosące zdobycz z nad Black-eye, przeszkadzają rabusiom w szybkiej jeździe. Ci dlatego wysyłają transport naprzód, a sami puszczają się pośpieszniej za Allanem. Gdy mu jego mienie odbiorą, połączą się znowu gdzieś nad Sacramento.
— Well, zostawmy zatem muły na przykład, a jedźmy za rozbójnikami. Moja Tony oddawna już gniewa się na mnie za to, że posuwamy się naprzód jak ślimaki!
— Ej, czy to nie przesada! Zresztą należy tu rozważyć jeszcze jedno, Samie. Którego z obu Morganów zastrzegasz sobie?
— Zounds! Jak możesz pytać w ten sposób, Charley? Oczywiście, że obu!
— Hm, to się nie uda!
— Dlaczego?
— Muły niosą złoto. Jeśli Fred Morgan je odsyła, to komu je powierzy?
— No?
— Rozumie się, że nikomu innemu tylko synowi.
— Masz słuszność. Ale co czynić?
— Którego chciałbyś mieć prędzej?
— Starego.
— To dobrze; a więc naprzód i to prosto przed siebie!
Przeprawiliśmy się rzeczywiście o przedtem oznaczonym czasie przez Sacramento i rozbiliśmy obóz po drugiej stronie. Nazajutrz rano ruszyliśmy dalej tropem, ciągle wyraźnym. W południe dostaliśmy się na dolinę, gdzie ślady były tak świeże, że oddział nie mógł być dalej jak o pięć mil przed nami.
Teraz natężyliśmy konie, gdyż musieliśmy się do ściganych tak zbliżyć, żebyśmy mogli podejść nocny ich obóz. Wszyscy prawie byliśmy w gorączkowem podnieceniu, mając przed sobą morderców, których tak długo szukaliśmy daremnie. Mój kary ogier niósł mnie ciągle przodem, a tuż za nim biegł człapak Apacza. Wtem pokazało się takie mnóstwo śladów, że musiało tam być przynajmniej stu jeźdźców. Na ziemi widniały