Strona:PL Karol May - Winnetou 06.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   260   —

— Czy możecie także zapłacić, moi panowie?
Bernard przybrał minę obrażonego i sięgnął do kieszeni.
— Stać, master Bernard! — rzekł Sam. — Ten rachunek ja załatwię. Ile kosztuje piwo?
— Butelka po trzy dolary, razem piętnaście.
— To tanio, mój człowieku, zwłaszcza, jeśli można flaszkę zabrać z sobą. Prawda?
— Istotnie.
— My jednak zostawimy je wam, gdyż ludzie, znający miejsca, w których złoto leży całymi pokładami, nie troszczą się o kawałek szkła. Przynieście wagę!
— Płacicie złotem?
— Tak.
Sam otworzył worek z kulami i wyjął kilka nuggetów, z których jeden był wielkości gołębiego jaja.
— Do pioruna, gdzieście to znaleźli?
— U siebie.
— A gdzie to jest?
— Mniej więcej w Ameryce. Mam lichą pamięć i przypominam sobie miejsce zwykle dopiero wtedy, kiedy sam potrzebuję pieniędzy.
Gospodarz musiał tę uwagę schować do kieszeni, lecz oczy jego iskrzyły się od żądzy, gdy odważył nugget i wydał resztę w pieniądzach. Wziął złoto po najniższej cenie, pomijając już to, że jego waga mogła także mieć pewne właściwości. Sam jednak schował pieniądze z miną człowieka, któremu nie zależy na tem, czy dostanie o jedną uncyę mniej lub więcej. Pomiędzy kulami nosił on tak, że drudzy o tem nie wiedzieli, wcale pokaźną sumkę. Teraz przypomniały mi się jego słowa, które wyrzekł przy pierwszem naszem spotkaniu, że potrafi tyle znaleźć złota w górach, aby niem wzbogacić przyjaciela.
Teraz skosztowaliśmy piwa. Gdybyśmy tu byli przyszli prosto z sawanny, bylibyśmy może je wypili, po nieważ jednak odświeżyliśmy zrujnowane podniebienia dzięki gościnności donny Elwiry w hotelu Valladolid,