Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   254   —

— Jeśli tak — rzekł Bernard — to pozwolicie, że zapytam jeszcze raz o owego Marshalla, o którym mówiliście poprzednio. To mój brat.
— Wasz brat? Zaiste, zdaje mi się, że jesteście do niego podobni! Czego zatem chcielibyście dowiedzieć się o nim?
— Wszystkiego, co sami o nim wiecie. Jak dawno widzieliście go po raz ostatni?
— Z pięć tygodni temu.
— Czy sądzicie, że będzie jeszcze w Yellow-water-ground?
— Wątpię. W kopalniach jest człowiek dzisiaj tu, a jutro tam, chociażby nawet postanowił sobie nie odchodzić z danego miejsca.
— Dziwi mię to, że mi nie odpisywał nigdy, chociaż otrzymał moje listy.
— O tem nie możecie sądzić napewno. Pomyślcie tylko o tem, co teraz opowiedziałem! Czy stąd do kopalni idzie poczta? Tak, idzie, ale to, co tutaj nazywają pocztą, nie jest nią. List błąka się często tam i napowrót i nie dochodzi do ręki, która jedynie miałaby prawo go otworzyć. Wstępujecie tam do tawerny, a gospodarz należy do hounds, wchodzicie do handlu, a kupiec także hound, gracie z trzema ludźmi w monte, to dwu z nich lub nawet wszyscy trzej także są hounds, pracujecie z kimś razem, a to tymczasem hound, który albo sam wydrze wam wasz zarobek, albo wyda was rozbójnikom, aby dostać przynajmniej część waszego mienia. Wszędzie są hounds, czemużby nie mieli być przy poczcie, zwłaszcza, że im na tem zależy, żeby to lub owo nie doszło wedle adresu!
To przedstawienie stosunków, panujących w kopalniach, wcale nie było ponętne.
— Czy jedziecie do brata?
— Właśnie.
— Well! W takim razie udzielę wam dobrej rady, a czy jej posłuchacie, to już wasza rzecz. Oto stąd prowadzą dwie drogi do rozmaitych górniczych rewirów,