Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   168   —

— Gdzieindziej być jeszcze jeden i jeszcze jeden, ale Bob nie wiedzieć dokładnie, w którem miejscu.
— Zaczekaj tutaj na mnie!
— Massa chcieć iść? O, massa zostać tu z Bobem!
— Musimy dołożyć wszelkich starań, żeby ocalić naszych przyjaciół.
— Ocalić? Ocalić massa Bern? O to być bardzo pięknie, bardzo dobrze! Bob także ocalić massa Bern i massa Sam i massa Winnetou!
— Więc zachowuj się cicho, żeby cię nie schwytano!
Opuściłem wypróchniałe drzewo. Cieszyłem się bardzo tem, że przynajmniej jeden jeszcze wyszedł cało, chociaż ten jeden był tylko murzynem. Musiałem Indyanom przyznać, że sprytnie sobie postąpili, zostawiając straż przy mięsie, które mogło mieć dla nas siłę przyciągającą i przyprawić nas o zgubę.
W godzinę potem znajdowałem się po drugiej stronie doliny nie dalej jak o trzy łokcie od Indyanina, który stał nieruchomy jak posąg z tym wyjątkiem, że dwoma palcami bawił się zawieszoną na szyi gwizdawką, którą można naśladować głos sępa. Tych piszczałek używano często dla sygnałów. Było więc prawdopodobnem, że tym razem umówiono się co do takiego znaku.
Ów młody jeszcze Indyanin miał zaledwie ośmnaście lat, który to wiek pozwalał na domysł, że może odbywał wtedy pierwszą swoją wyprawę wojenną. Ozdoby jego głowy i czystość ubrania oraz broń dowodziły, że był synem wodza. Czy miałem go zabić, czy miałem zniszczyć to młode, pełne nadziei życie? Nie!
Przysunąłem się cicho do niego, a pochwyciwszy go lewą ręką za gardło, zadałem mu prawą pięścią cios tak ostrożny, że staremu nicby się było nie stało. Jego jednak ogłuszyło to natychmiast. Potem go skrępowałem, zakneblowałem i tak przywiązałem do drzewa, że otoczony zewsząd zaroślami wprost był niewidoczny. Piszczałkę mu odebrałem, a ukrywszy się, przyłożyłem ją do ust i świsnąłem. Natychmiast zaszeleściło naprzeciwko