Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   151   —

brzegów jest nadzwyczaj trudno. Płaskowyż jednak tak gęsto poprzecinany jest takiemi suchemi łożyskami, że idąc wzdłuż ich brzegu, spotyka się co chwila doliny boczne, które prowadzą do łożyska głównego. Ponieważ ciągnie się ono zwykle w pewnym kierunku, przeto może służyć jako gościniec, o tyle wygodny i bezpieczny, że podróżnego można jedynie z brzegu zobaczyć. Ale łączy się z tem także ta niekorzyść, że i podróżny nie dojrzy nieprzyjaciela, dopóki ten nie stanie bespośrednio przed nim.
Jechaliśmy taką doliną ciągle w kierunku zachodnim, a im dalej posuwaliśmy się naprzód, tem płytsza ona się stawała i tem mniej uchodziło do niej dolin bocznych, aż wkońcu zarysowały się przed nami porosłe lasem wzgórza Sierry Rianki.
U stóp gór napotkaliśmy znowu liczne dopływy Rio Pecos, a wśród nich także ten, który wytryskał w szukanej przez nas dolinie.
Do tej doliny dotarliśmy już późno popołudniu. Zajmowała ona przestrzeń długą może na półtorej mili, a około pół mili szeroką. Okalały ją wzgórza, pokryte lasem, a nad wijącym się na dnie potokiem widniała zieleń. Niestety nie mogliśmy tu popaść koni, gdyż byłoby to zdradziło zaraz naszą obecność.
— Czy to jest napewno ta dolina, o którą nam chodzi? — zapytałem Hoblyna, ponieważ łatwo się było pomylić.
— To nie ulega wątpliwości, sir. Tam w górze pod dębem nocowałem z kapitanem, gdy byłem tu poraz pierwszy.
— Jabym radził obejrzeć się za jaką boczną doliną, żebyśmy mogli tam konie pod dozorem którego z nas zostawić na paszy. W ten sposób ułatwilibyśmy sobie tu robotę, mając wolne ręce.
— To niezły pomysł — rzekł Sam — ale co poczęlibyśmy wtedy, jeślibyśmy nagle potrzebowali koni. Ja swojej Tony nie puszczę tak daleko od siebie!
— Well! W takim razie musimy w lesie poszukać