Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   122   —

— O czem to świadczy, Charley? Jak sądzisz? — zapytał mnie Sans-ear.
— To nietrudno odgadnąć. On rzeczywiście zamierza udać się na dolinkę.
— Trzeba koniecznie dostać się tam przed nim. Zachodzi tylko pytanie, czy on skieruje się prosto tam, czy pierwej ojca odszuka.
— O tem zaraz się dowiemy.
W tym celu zwróciłem się do Hoblyna z pytaniem:
— Czy daleko jeszcze tam, gdzie droga od rzeki skręca do dolinki?
— Najwyżej dwie godziny drogi, jeśli sobie dobrze przypominam.
— Jedźmy więc tam. Jeśli Patrik obrał tę drogę, to podążył wprost do kryjówki, jeśli zaś zachowa nadal teraźniejszy kierunek, to chce widocznie pierwej pójść po ojca. My zastosujemy się do tego, co on zrobił! Zresztą niewątpliwie długo tu bawili, skoro jest zaledwie o godzinę drogi przed nami. Z tego powodu należałoby trochę zaczekać, by nas nie spostrzegł, gdyby się z jakiejkolwiek przyczyny zatrzymał.
— All right, Charley! Posłuchamy twej rady. Lecz nie bądźmy tacy nieostrożni jak on i nie zostawiajmy koni na otwartem miejscu. Zaprowadźcie je między drzewa i weźcie co z torb do jedzenia, gdyż ja naprzykład nie miałem nic w zębach od wschodu słońca.
Postąpiliśmy podług jego wskazówki i ułożyliśmy się na mchu. Wtem krzyknął Hoblyn z lekka, wskazując ręką pomiędzy drzewa:
— Popatrzcie tam do parowu, panowie! Wydało mi się, że zobaczyłem na jego najwyższym punkcie coś błyszczącego, podobnego do ostrza włóczni.
— To nie może być! — odrzekł Sam — Ktoby potrafił na taką odległość spostrzec koniec włóczni?
— Niemożliwem to nie jest — odpowiedziałem ja — zwłaszcza, jeśli wzrok spocznie przypadkiem na tym właś-