Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   85   —

— Nie chciałem poznać treści listu, a z waszej odpowiedzi widzę, że nie znajdujecie się chyba nigdy w tem położeniu, żebyście musieli legitymować się przed białymi!
— W tym wypadku legitymuję się strzelbą. Zapamiętajcie to sobie!
Udałem bardzo przygnębionego jego ostrem wystąpieniem i zamilkłem, niby strasznie zakłopotany. Mały Sam łypnął okiem nie ku mnie — to byłoby mnie zdradziło — lecz do swojej Tony, jak gdyby zgadzał się z nią w najwyższym stopniu, ja zaś odwróciłem się do Marshalla:
— Bob opowiedział mi, dokąd i w jakim celu przedsięwzięliście tę podróż. Czy nie macie ani śladu mordercy, który was pozbawił wszystkiego?
— Najmniejszego. Zresztą niewątpliwie więcej osób było czynnych przy tem morderstwie.
— Gdzie znajduje się Allan?
— W San Francisko, a przynajmniej stamtąd pisane były wszystkie jego listy.
— Well, w takim razie odszukacie go łatwo. Czy pójdziecie dzisiaj dalej, czy tu staniecie obozem?
— Ułożyliśmy się, że tu zostaniemy.
— W takim razie rozsiodłam mego konia.
Podniosłem się, zdjąłem siodło i uzdę z mustanga i dałem mu trochę kukurydzy. Sam zrobił to samo ze, swoją klaczą. Unikaliśmy przy tem rozmowy z sobą, co zresztą byłoby zbytecznem, gdyż rozumieliśmy się bez słów. Dwaj myśliwi, obcujący z sobą przez kilka tygodni, odczytują sobie myśli z wyrazu oczu. Do Marshalla nie przemówiłem także ani jednego słowa potajemnie. Wśród obojętnych przeważnie rozmów upłynęła reszta dnia aż do wieczora.
— Rozstawcie straże, sir! — rzekłem do Wiliamsa. — Jesteśmy znużeni i chcemy się wyspać.
On wykonał to polecenie, ale dziwnym sposobem nie wyznaczył na wartę ani mnie, ani Sama, ani Marshalla.
— Śpijcie pomiędzy nimi, żeby nie mogli rozma-