Strona:PL Karol May - Winnetou 05.djvu/074

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.
—   64   —

gdyby Fred Morgan nie wrócił, aby przynajmniej spróbować odszukać konia, a z nim kamieni!
— To możliwe, lecz nieprawdopodobne. Kto znajdzie konia, który uciekł przed ogniem? Nadto wie on, że oprócz kolejarzy są tutaj jeszcze inni ludzie, którym się nie może pokazać, jeśli nie zechce narazić się na największe niebezpieczeństwo.
— On poznał mnie taksamo jak ja jego, dziwiłbym się przeto, gdyby nie miał ochoty wpakować mi kuli lub ostrego żelaza!
— Musimy na to zaczekać. Na dziś jednak jesteśmy bezpieczni. Mimoto radziłbym oddalić się od kolei na tyle, żebyśmy nabrali pewności, że nam nikt nie przeszkodzi.
— Well! A więc naprzód!
Wsiadłszy na konie, odjechaliśmy z milę angielską na północ. Zatrzymawszy się tam, spętaliśmy zwierzęta i zawinęliśmy się w koce.
Byłem rzeczywiście znużony i usnąłem niebawem. We śnie wydało mi się, że słyszę turkot pociągu, który biegł ze wschodu na zachód. Niewątpliwie była to rzeczywistość, lecz nie ocknąłem się całkiem i zasnąłem nanowo.
Gdy się zbudziłem, było jeszcze bardzo wcześnie. Mimoto siedział Sam już koło mnie, paląc z zadowoleniem jedno z otrzymanych wczoraj odemnie cygar.
— Good morning, Charley! Widzę istotnie pewną różnicę między tem zielem, a waszymi patentowanymi smokers, których manufakturę trzymacie pod siodłem. Zapalcie sobie także jedno, a potem przystąpimy do dzieła. Śniadania musimy się wyrzec, dopóki nie natrafimy na wodę.
— Żebyśmy ją tylko wkrótce znaleźli; to dla koni konieczne, gdyż nie mają się gdzie popaść.
Zapaliłem sobie cygaro i rozpętałem konia.
— Jak pojedziemy? — zapytał Sam.
— Ślimakiem aż tam, gdzie stał pociąg. W ten sposób żaden ślad nam nie ujdzie.