Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   456   —

śmy o to, czy nam weźmie to za złe, czy nie. Od tej chwili jednak jechał jeszcze dalej za nami, aniżeli przedtem.
Wracając, obraliśmy ten kierunek, z którego przybyliśmy tutaj, dlatego okolicy, przez którą prowadziła nasza droga, nie badaliśmy tak, jakby to trzeba było uczynić, gdybyśmy jej nie znali. Nie zwalniało to nas jednak od tej ostrożności, jaką zachowuje westman nawet wówczas, kiedy jedzie przez okolicę, znaną mu jak własna kieszeń. Patrzyliśmy więc ciągle, czy nie ujrzymy śladów ludzkich, lub zwierzęcych, a dzięki tej natężonej uwadze zobaczyliśmy około południa trop, którego bylibyśmy nie spostrzegli, gdyby nie zbyt widoczna troska o jego zatarcie. Może nawet mimoto bylibyśmy go przeoczyli, gdybyśmy się byli nań nie natknęli na miejscu, w którem ludzie owi spoczywali przez krótki czas, oraz gdyby trawa, przez nich zdeptana, zdołała była się już podnieść. Zatrzymaliśmy się oczywiście i zsiedliśmy z koni, aby trop zbadać. Podczas tego nadjechał Rollins i zeskoczył z siodła.
— Czy to zwierzęta były, czy ludzie? — spytał.
Winnetou nie odpowiedział, ja jednak uważałem to za niegrzeczność i zauważyłem:
— Nie jesteście, jak się zdaje, zbyt wprawni w czytaniu śladów. Wszak to na pierwszy rzut oka poznać, kto tutaj był.
— A zatem ludzie?
— Tak.
— Wątpię bardzo, gdyż w takim razie, trawa byłaby bardziej zdeptana.
— Czy myślicie, że tu są ludzie, którzy deptaliby ziemię dla przyjemności, aby ich potem albo znaleziono, albo zdmuchnięto?
— Nie, ale gdy się jest z końmi, trudno nie pozostawić wyraźnych śladów.
— Osoby, które tu były, nie miały właśnie koni.
— Nie miały koni? To byłoby dziwnem, nawet po-