Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   452   —

pod warunkiem, że wyznasz całą prawdę. Jeślibyś usiłował mnie oszukać, to ci się nie uda. Powiedz mi więc uczciwie, poco przyszliście tutaj?
— Uff! — wybuchnął z gniewem zapytany. — Wojownicy Okanandów nie są tacy trwożliwi, jak twierdziłeś poprzednio. Nie wypieram się wcale tego, że chcieliśmy na ten dom napaść.
— I spalić?
— Oczywiście.
— Co się miało stać z mieszkańcami?
— Postanowiliśmy ich pozabijać.
— Czy sami powzięliście to postanowienie?
Okananda zawahał się z odpowiedzią, więc Winnetou wyraził się dokładniej;
— Czy was może kto na tę myśl naprowadził?
Zapytany milczał dalej, co w moich oczach równało się głośnemu potwierdzeniu pytania.
— „Gniady Koń“ nie może widocznie słów znaleźć — ciągnął dalej Apacz. — Niechaj zważy, że tu idzie o jego życie. Jeśli je chce zachować, to musi mówić. Ja chcę wiedzieć, czy jest ktoś, nienależący do plemienia Okanandów, kto spowodował ten napad dzisiejszy.
— Jest taki mąż — odezwał się wkońcu jeniec.
— Kto taki?
— Czy wódz Apaczów zdradziłby sprzymierzeńca?
— Nie — przyznał Winnetou.
— W takim razie nie powinieneś się na mnie gniewać, jeśli nie wymienię mojego.
— Nie gniewam się. Kto zdradza przyjaciela, zasługuje na to, żeby go zabito, jak psa parszywego. Możesz zatem nie podać jego nazwiska. Muszę jednak wiedzieć, czy to jest Okananda.
— Okananda nie jest,
— Czy należy do innego plemienia?
— Nie.
— A więc biały?
— Tak.