Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   380   —

przez gąszcze. Ja udałem się za nim, a chociaż okoliczności nakazywały zwracać całą uwagę na otoczenie, ja mimoto nie mogłem się od tego powstrzymać, żeby nie myśleć o zachowaniu się chłopca. On bowiem z zupełną wprawą doświadczonego przebiegacza puszczy przedzierał się bez szmeru przez krzaki, a każdy jego ruch był obrazem największej ostrożności.
Te jego zalety świadczyły, że z pewnością od dzieciństwa zapoznał się z życiem w krainie polowań i odnosił wrażenia, które zaostrzyły jego zmysły, zahartowały uczucie i losowi jego nadały taki dziwny kierunek.
Z pół godziny prawie posuwaliśmy się powoli i z trudnością, ale nieustannie, naprzód, aż dotarliśmy do drugiej kolonii bobrów, której mieszkańców nie widać było na powierzchni wody.
— Tu były założone łapki, które właśnie odebraliśmy czerwonoskórcom, sir. Tam dalej dzieli się Beefork, gdzie chcieliśmy się dostać poprzednio. Ale musi się stać inaczej, gdyż patrzcie, ślady prowadzą do lasu, z którego czerwoni wyszli. Pójdziemy oczywiście za tymi śladami.
Chciał iść dalej, lecz go powstrzymałem.
— Harry! — rzekłem do niego.
Przystanął i spojrzał na mnie pytająco.
— Czy nie wolelibyście zawrócić, a resztę już mnie zostawić?
— Skąd wam to na myśl przyszło?
— Czy wiecie, jakie niebezpieczeństwa nas tam czekają?
— Owszem. Nie mogą być większe od tych, którym już stawiałem czoło z dobrym zawsze skutkiem.
— Chciałbym was uchronić!
— Ja również będę się o to starał. A może myślicie, że mnie zdoła przerazić widok pstro pomalowanego człowieka?
Znowu puściliśmy się dalej. Zostawiliśmy teraz rzekę na boku i postępowaliśmy naprzód lekko pomiędzy wysmukłymi, wolno stojącymi pniami wysokopiennego lasu,