Strona:PL Karol May - Winnetou 04.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   368   —

nie przeczuwając, że te ostre złomy skalne nie tworzą zwartej masy, lecz otaczają taką miłą dolinkę.
— Jak znaleźliście to cenne miejsce?
— Ścigałem racoona[1] aż do szczeliny, nie okrytej wtedy jeszcze powojem i objąłem oczywiście to miejsce w posiadanie.
— Sam?
— Z początku. Ze sto razy uniknąłem śmierci, znalazłszy tu przed pościgiem czerwonych drabów pewną i niezawodną kryjówkę. Później jednak zabrałem tu swoich chłopców, a teraz gromadzimy tu skórki i stawiamy czoło okropnościom zimy.
Podczas tych słów rozległ się donośny gwizd i zaledwie przebrzmiał, rozsunęły się zarośla i ukazała się pewna liczba postaci, po których można było poznać na kilka tysięcy kroków, że mają obywatelstwo Zachodu.
Pokłusowaliśmy ku środkowi doliny i niebawem otoczyli nas ludzie, którzy w dosadnych słowach wyrażali swą radość z przybycia Old Firehanda. Wśród nich znajdował się także Will Parker, który zwaryował prawie na mój widok, a Winnetou przyjacielsko przywitał.
Wśród hałasu, dozwolonego jedynie w tym zamkniętem miejscu, rozsiodłał Winnetou konia, dał mu lekkiem uderzeniam dłoni znak, że ma się sam postarać o wieczerzę, wziął siodło, uzdę i derkę na plecy i odszedł, nie spojrzawszy na nikogo z obecnych.
Ja zrobiłem tak samo, widząc, że nasz przewodnik jest zanadto zajęty, aby się nami zajmować, puściłem Swallowa zupełnie wolno i odprawiając krótko dopytujących się, udałem się na zbadanie kotliny.

Masy kamienne, wydęte przez plutoniczne potęgi jak olbrzymia bańka mydlana, zostawiły po pęknięciu wklęsłą, otwartą z góry półkulę, podobną do krateru wygasłego wulkanu. Powietrze, światło, wiatr, niepogoda zajęły się potem rozkładem twardego gruntu, a nagromadzone wody przewierciły się z czasem przez jeden

  1. Pracz, szop.